„And now all
your love is wasted.
Then who the hell was I?
Cause now I'm breaking at the bridges.
And at the end of all your lies.”
Then who the hell was I?
Cause now I'm breaking at the bridges.
And at the end of all your lies.”
Wyszłam z łazienki, ale jego już nie było. Jedyne co
zobaczyłam przez okno to odjeżdżający z piskiem opon samochód. Usidłam na
jedynym z krzeseł, założyłam nogę na nogę, zaciągnęłam się miętowym l&m i wpatrywałam
się w odpryski czerwonego lakieru na paznokciach.
Czy warto jeszcze walczyć? Warto ratować tą kruchą miłość?
Warto próbować wszystkiego od nowa? Może to już naprawdę koniec, może wypaliło
się już wszystko, wszystkie nasze uczucia? Może wczorajsza noc nie była nic
warta? Przecież seksem nie wszystko da się załatwić, a my, łudząc się że tak będzie,
zapomnieliśmy o rozmowie i niewyjaśnionych sytuacjach. Może trzeba dać sobie
spokój, odpuścić?
Ale z drugiej strony, mamy zaprzepaścić szansę, którą po raz
kolejny dostaliśmy? Nie walczyć o to, czego oboje pragniemy? Nie chcieć
odbudować, tego co zburzyła ona? Tego, co my zburzyliśmy.
Gaszę peta w popielniczce, chwytam torebkę i wychodzę z
mieszkania. Klucze zostawiam pod wycieraczką i zbiegam po schodach na dół, nie
tracąc czasu na windę. Kieruję się w stronę dworca i wsiadam w autobus do
Katowic. Z dna torebki wyciągam słuchawki i IPoda. Po półtorej godzinie jestem
już w swoim mieszkaniu i wyciągam z szafy wielką walizkę. Pakuję do niej prawie
całą szafę, kosmetyki, laptopa, kilka
książek i płyt. Ogarniam wzrokiem całe mieszkanie, sprawdzając czy spakowałam
wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Spoglądam na zegarek, który wskazuję
godzinę szesnastą i wiem, że on jest już po pierwszej rehabilitacji. Chwytam w
dłoń rączkę walizki, ciągnąc ją za sobą wychodzę z mieszkania dokładnie je
zakluczając. Po raz kolejny wsiadam w autobus i po raz kolejny jadę do
Jastrzębia.
Stanęłam przed drzwiami naszego
mieszkania opierając się o wielką walizkę. Zapukałam cicho, a po chwili pojawił
się on, w rozciągniętym dresie, klubowej koszulce i telefonem w ręku.
-Mogę? – zapytałam.
-Możesz. – uchylił szeroko drzwi.
Wciągnęłam walizkę do środka i stanęłam naprzeciwko niego.
-Lena.
-Michał. – po raz kolejny, w tym samym czasie z naszych ust
wydobywają się imiona. Zaśmialiśmy się cicho.
-Wracasz?
-Jeśli mi na to pozwolisz. – odparłam, przenikając go
wzrokiem.
-Po pierwsze to także twoje mieszkanie. Po drugie, dobrze
wiesz, że bardzo chcę cię z powrotem. – składa delikatny pocałunek na moich
ustach.
-Michał, ja nie chcę już kłamstw i kłótni. Kocham cię, wybaczam. I proszę,
zapomnijmy już o wszystkim.
-Obiecuję, że już nigdy niczego nie spierdolę. Chyba już
nauczyłem się kochać – przyciąga mnie do siebie, całując o wiele bardziej namiętnie
niż kilka chwil temu.
*
Wesołych.